Dorastałyśmy razem, ale mnie tak naprawdę nigdy nie było. Istniałam tylko jako dodatek do niej. W nocy przyglądałam się siostrze, przebijając wzrokiem mrok łączący nasze łóżka stojące pod przeciwległymi ścianami. Obmyślałam rozmaite sposoby, jak by to mogło się stać, i liczyłam je w myślach. Trucizna dosypana do płatków śniadaniowych. Zdradziecka fala powrotna, która porywa z kąpieliska na plaży i unosi na otwarte morze.
Koniec końców jednak nie zabiłam siostry. Poradziła sobie z tym sama.
Tak przynajmniej staram się myśleć.
Kiedy jestem na mieście i pulsujące płomyki życia, ludzie, przemykają obok, zapominam o mej stracie. O małej luce w wielkiej konstelacji, o miejscu, w którym była gwiazda.Zastanawiam się, dlaczego nie istnieje ustawowy limit cierpienia. Dlaczego nie ma regulaminu, w którym stałoby się czarno na białym, że można budzić się z płaczem, ale tylko przez miesiąc. Że po czterdziestu dwóch dobach człowiek przestaje odwracać się nagle na ulicy, przytrzymując ręką szalejące serce, pewien, że usłyszał swoje imię z tamtych ust, jej ust. Że za posprzątanie bałaganu, który zostawiła na biurku, nie grozi kara grzywny, że można zdjąć z lodówki obrazki, który narysowała, i odwrócić do ściany jej szkolną fotografię, choćby tylko z takiego powodu, że na jej widok wszystkie bolesne wspomnienia powracają na nowo. Że zezwala się odmierzać czas, który upłynął od jej śmierci, tak samo jak kiedyś liczyło się jej kolejne urodziny.
Przez długi czas tata twierdził, że widzi Annę w nocy na niebie, że czasem udaje mu się pochwycić jedno jej spojrzenie albo złowić okiem zarys jej profilu. Z uporem powtarzał nam, że gwiazdy to są ludzie, którzy za życia cieszyli się tak wielką miłością innych, że po śmierci przeniesiono ich na firmament niebieski, aby tam żyli wiecznie. Mama też przez długi czas wierzyła, że Anna do niej powróci. Zaczęła nawet wypatrywać znaków: widziała je w roślinach kwitnących wcześniej niż zwykle, jajkach z podwójnym żółtkiem, rozsypanej soli, która układała się w kształt liter.